Zakład Historii

 

Jane Jacobs

Śmierć i życie wielkich miast amerykańskich

Random House, 1961

fragmenty w tłumaczeniu Jacka Wesołowskiego

 

 

z rozdziału I-2 “Funkcje chodników: bezpieczeństwo”

Ulice miejskie służą wielu celom oprócz prowadzenia pojazdów, a chodniki - te piesze części ulic - służą wielu celom oprócz prowadzenia pieszych. Te funkcje są związane z ruchem, ale nie są z nim tożsame. Są one jednak tak podstawowe dla właściwego życia miasta, jak sam ruch.

Sam chodnik uliczny jest niczym. Jest abstrakcją. Chodnik coś znaczy tylko w połączeniu z budynkami i innymi funkcjami, które do niego przylegają, albo przylegają do innych chodników niedaleko. To samo można powiedzieć o ulicach, mianowicie że one służą innym celom prócz prowadzenia środkiem ruchu kołowego. Ulice i ich chodniki, główne przestrzenie publiczne miasta, sa jego najważniejszymi organami. (...) Jesli ulice w jakimś mieście wyglądają interesująco - to miasto wygląda interesująco, jeśli wyglądają one szaro - to miasto wygląda szaro.

Nie koniec na tym - tutaj dotykamy pierwszego problemu - jeśli ulice miasta są wolne od barbarzyństwa i strachu, to miasto jest wystarczająco wolne od barbarzyństwa i strachu. Kiedy ludzie mówią, że miasto albo jego część jest niebezpieczną dżunglą, to głównie mają na mysli, że nie czują się bezpieczni na jego chodnikach.

Ale chodniki i ci, którzy ich używają, nie są tylko pasywnymi beneficjentami bezpieczeństwa albo bezradnymi ofiarami zagrożenia. Chodniki, ich przyległe funkcje wraz z tymi, którzy ich używają, są aktywnymi uczestnikami konfliktu miejskiej cywilizacji i barbarzyństwa. Utrzymanie bezpieczeństwa w miastach to podstawowe zadanie ulic miejskich i ich chodników.

(...) Wielkie miasta (...) różnią się od miasteczek i przedmieść na kilka ważnych sposobów: jeden z nich to ten, że miasta są z definicji pełne nieznajomych. (...) Są oni bardziej obecni nie tylko w miejscach zgrupowań publicznych, ale także tuż za progiem naszych mieszkań. Nawet ci, co mieszkają obok, są dla siebie nieznajomymi - i muszą być ze względu tylko na samą liczbę ludzi zgrupowanych na małej przestrzeni.

Zasadniczym atrybutem dobrze funkcjonującej dzielnicy jest to, że człowiek musi się czuć osobiście bezpieczny na ulicy, pośród wszystkich tych nieznajomych. (...)

Dzisiaj barbarzyństwo przejęło we władanie wiele ulic, albo też ludziom się wydaje, że tak się stało - co wychodzi zgrubsza na jedno. (...) Skoro ludzie boją się ulic, mniej ich używają, co robi ulice jeszcze mniej bezpiecznymi.

(...)

Barbarzyństwo i rzeczywisty brak bezpieczeństwa rodzące obawy przed ulicą, nie mogą być traktowane jako problem slumsów. Problem jest właściwie najpoważniejszy w "cichych dzielnicach mieszkalnych" (...).

Problem nie może być traktowany jako problem starszych części miast. Problem osiąga najbardziej przerażające rozmiary w niektórych przebudowanych częściach miast, takich jak osiedla ludzi średnio zarabiających. (...) Niczego nie wyjaśnia obciążanie winą grup mniejszościowych, ani biednych (...). Część najbezpieczniejszych chodników w Nowym Jorku, dniem i nocą, znajduje się tam, gdzie mieszkają biedni albo członkowie mniejszości. Ale też niektóre z najniebezpieczniejszych znajdują się na ulicach zamieszkałych przez te same grupy mieszkańców.

(...) jeśli mamy utrzymać społeczność miejską zdolną do zdiagnozowania i radzenia sobie z głębszymi problemami społecznymi, punkt wyjścia musi być w każdym razie taki, by wzmacniać wszystkie możliwe siły już działające dla utrzymania bezpieczeństwa i kultury - w takich miastach, jakie już mamy. Budowanie miast specjalnie skrojonych dla łatwej zbrodni byłoby idiotyczne. Jednak to własnie robimy.

Pierwszą rzeczą, którą należy zrozumieć, to że porządek publiczny w miastach - czyli porządek na chodniku i ulicy - nie jest utrzymywany w pierwszym rzędzie przez policję, jakkolwiek by nie była ona potrzebna. Jest mianowicie utrzymywany głównie przez delikatny, niemal nieuświadamiany system niewymuszonych norm zachowań między samymi ludźmi, ale wymaganych przez samych ludzi. (...) Nie ma takiej ilości policji, która zdolna by była wymóc kulturalne zachowanie, jeśli warunki do zwyczajnej egzekucji tych zachowań przez przypadkowych ludzi uległy zniszczeniu.

Drugą rzeczą, którą należy zrozumieć, to że problem braku bezpieczeństwa nie może byc rozwiązany przez rozprzestrzenienie mieszkańców na większym obszarze, z zamianą cech miasta na cechy przedmieścia. (...) Liczba przestępstw w Los Angeles [w zasadzie całkowicie przedmiejskim,] jest przerażająca. (...)

(...)

(...) spłaszczanie miast nie uwalnia od zbrodni i poczucia zagrożenia. (...)

Niektóre ulice nie dają żadnych okazji do zbrodni. (...)

(...) uczęszczana ulica jest zapewne ulicą bezpieczną. Ulica opuszczona jest zapewne niebezpieczna. (...)

Ulica urządzona tak, by sprostać obecności obcych oraz by - tak jak to robią ulice w dobrze radzących sobie dzielnicach - uczynić z obecności obcych zaletę, musi mieć trzy główne cechy:

Po pierwsze: musi istnieć jasne rozróżnienie co jest przestrzenią publiczną, a co prywatną. (...)

Po drugie: na ulice muszą być zwrócone oczy tych, których można nazwać naturalnymi dzierżawcami ulicy. Budynki na ulicy, która jest urządzona tak, by radzić sobie z obcymi, muszą być zwrócone na ulicę. Nie mogą one odwracać się tyłem albo ślepym bokiem do niej i czynić ją przestrzenią bez okien.

I po trzecie - chodnik musi mieć użytkowników mniej więcej bez przerwy, zarówno po to, żeby zwiekszyć liczbę obserwujących oczu na ulicy, jak też by skłaniać wystarczająca liczbę ludzi w domach przyległych, by obserwowali chodniki. Nikt nie odczuwa przyjemności z siedzenia przy progu albo patrzenia przez okno, jesli ulica jest pusta. Prawie nikt tego nie robi. Mnóstwo ludzi natomiast zabawia się od czasu do czasu zerkając na życie na ulicy.

W osiedlach, które są mniejsze i prostsze od miast, egzekucja przyzwoitego zachowania ludzi, nie mówiąc o zapobieganiu przestępstwom, odbywa się z mniejszym lub większym skutkiem dzięki oddziaływaniu reputacji, plotki, aprobaty, dezaprobaty i sankcji. To wszystko jest skuteczne dzięki rozpowszechnianiu się mówionego słowa - o ile ludzie znają się nawzajem. Ale ulice miejskie muszą panować nad zachowaniem się nie tylko mieszkańców, ale również przybyszy z przedmieść i z miasteczek, chcących wyrwać się z sieci plotki i sankcji istniejącej tam, skąd przyjeżdżają. Muszą więc one oddziaływać metodami bardziej bezpośrednimi. Zakrawa na cud, że miasta w ogóle zdołały rozwiązać ten tak trudny problem. Przecież na wielu ulicach udaje się to znakomicie.

Pomijanie problemu niebezpiecznych ulic w mieście i tworzenie w zamian bezpiecznych enklaw innego rodzaju - jak dziedzińce albo zadaszone przestrzenie - jest bezcelowe. (...) żadnen normalny człowiek, włączając dzieci, nie może spędzić całego życia w jakimś sztucznie stworzonym niebie. Każdy musi używać ulic.

Pozornie mamy więc prosty cel: uczynić bezpiecznymi ulice, których przestrzeń publiczna byłaby jednoznacznie publiczna, bez przenikania się z przestrzenia prywatną lub zupełnie nieokreśloną - a więc takie, których przestrzeń wymagająca obserwacji ma oczywiste i dające się opanować granice. Musimy też spowodować, żeby publiczne przestrzenie ulic miały zwrócone na siebie oczy przez tak długi czas, jak to możliwe.

Nie jest jednak łatwe osiągnąć te cele, zwłaszcza drugi z nich. Nie można spowodować, żeby ludzie używali ulic, jesli nie będą mieli do tego powodu. Nie można spowodować, by ludzie patrzyli na ulice, na które nie będą chcieli patrzeć. Bezpieczeństwo na ulicach osiagane przez ich obserwację i wzajemne pilnowanie porządku brzmi ponuro, ale w rzeczywistym życiu wcale ponurym nie jest. Egzekwowanie bezpieczeństwa na ulicach udaje się najlepiej, zachodzi zupełnie bez wysiłku, z najmniejszym poczuciem wrogości i podejrzenia - jeśli ludzie używają ich naturalnie i jeśli sprawia im to przyjemność. Wtedy są zupełnie nieświadomi tego, że pilnują porządku.

Podstawowym wymogiem dla takiej obserwacji ulic jest istnienie znaczącej liczby sklepów i innych urządzeń publicznych mieszczących się wzdłuż chodników. Lokale i przestrzenie publiczne, których używa się wieczorem i w nocy, muszą wśród nich być zwłaszcza. Najlepsze przykłady to sklepy, bary i restauracje - one właśnie na kilka różnych i skomplikowanych sposobów pracują dla bezpieczeństwa na chodnikach ulicznych.

Po pierwsze: dają one mieszkańcom i odwiedzającym konkretne powody dla używania chodnków, przy których się znajdują.

Po drugie: przyciagają one ludzi, którzy mijają po drodze miejsca nie będące ich bezpośrednim celem zainteresowania, ale które w ten sposób stają się ludne i uczęszczane po drodze do czegoś. To jest cecha ograniczona przestrzennie - więc instytucje przyuliczne muszą być umieszczone często, jesli mają zaludnić fragmenty ulic pozbawione innych miejsc grupowania się publiczności. Co więcej: powinno byc wiele rozmaitych rodzajów tych instytucji, aby dać powody do nakładania się i przenikania dróg ludzkich spacerów.

Po trzecie: właściciele sklepów i drobni biznesmeni są zazwyczaj silnymi zwolennikami spokoju i porządku - nienawidzą wybitych okien i rozbojów; nie znoszą, jeśli ich klienci niepokoją się o swoje bezpieczeństwo. Gdy jest ich wystarczająco dużo, to są niezastąpionymi obserwatorami ulicy i strażnikami chodników.

Po czwarte: aktywność generowana przez ludzi gdzieś śpieszących lub chcących skorzystać z restauracji jest sama przez się atrakcją dla innych ludzi.

(...)

W niektórych bogatych sąsiedztwach, gdzie jest mało samorodnej obywatelskiej obserwacji, (...) ludzi obserwujących ulice się wynajmuje. (...) Siatka portierów i dozorców, posłańców i niań, rodzaj płatnej wspólnoty, utrzymuje mieszkaniową Park Avenue pod kontrolą obserwujących oczu. Nocą, ubezpieczani przez portierów, spacerują ludzie wyprowadzający psy, wspomagając portierów w ich roli. Ale ulica ta jest tak bardzo pozbawiona patrzących oczu, pozbawiona konkretnych powodów, żeby jej używać i na nią patrzeć zamiast skręcać w pierwszą lepszą przecznicę, że - jeśliby czynsze kiedyś obniżyły się poniżej poziomu umożliwiającego opłacenie tej armii portierów i windziarzy - to niewątpliwie stałaby się przeraźliwie niebezpieczna.

(...)

Wartość jasnego oświetlenia ulic w pozbawionych duszy szarych dzielnicach bierze się z otuchy, którą dodaje ludziom wychodzącym na dwór, albo którzy chcieliby wyjść - a nie wyjdą, bo na ulicy jest ciemno. W ten sposób światła pomagają tym ludziom włączyć się do obserwacji tych ulic. (...) Ale jeśli nie ma patrzących oczu, jeśli w umysłach, które nimi powodują, nie ma tego niemal nieświadomego nastawienia na wspieranie ulicznego porządku - światła nie przydadzą się na nic. Przerażające przestepstwa zdarzają się na dobrze oświetlonych stacjach metra, gdzie nie ma skutecznie patrzących oczu. Ale właściwie nie zdarzają się one na zaciemnionych widowniach teatrów, gdzie znajduje się wielu ludzi i wiele oczu. (...)

(...)

Przypuśćmy, że będziemy nadal budować i przebudowywać tworząc niebezpieczne miasta. Jak poradzimy sobie z brakiem bezpieczeństwa? Wnioskując z dotychczasowego doświadczenia, będą na to trzy sposoby (...):

Pierwszy - to pozwolić złu działać i skazać mniej szczęśliwych mieszkańców na ponoszenie konsekwencji. (...)

Drugi - to uciec do samochodu. To jest technika praktykowana w dużych afrykańskich rezerwatach, gdzie turystów przestrzega się, żeby nie opuszczali samochodu zanim nie znajdą się w bezpiecznym miejscu. (...)

Trzeci sposób (...) został wynaleziony przez chuligańskie gangi i szeroko przejęty przez deweloperów przebudowanego miasta. (...) jakiś gang zawłaszcza terytorium pewnych ulic, osiedli lub parków (...). Członkowie innych gangów nie mogą pojawić się [na tym obszarze] bez zezwolenia posiadającego go gangu. (...)

(...)

 

z rozdziału II-8 “Potrzeba mieszanych funkcji wiodących”

warunek 1: Dzielnica, a jeszcze lepiej tak wiele jej elementów, jak to możliwe, musi służyć więcej niż jednej funkcji wiodącej; najlepiej więcej niż dwóm. Muszą one zapewniać obecność ludzi, którzy wychodzą na ulice według różnych rozkładów dnia, i którzy są tam w różnych celach, ale którzy mogą używać wspólnie lokalnych instytucji i urządzeń.

(...)

Wspomniałam kilkakrotnie, że mieszanina funkcji wiodących musi być efektywna, jeśli ma wytwarzać różnorodność. Co powoduje, że jest efektywna? Musi, oczywiście, być powiązana z trzema innymi warunkami tworzenia różnorodności. Ale, dodatkowo, mieszanina ta musi zachowywać się efektywnie sama w sobie.

Efektywność oznacza, po pierwsze, że ludzie używający ulic w różnych godzinach, muszą używać dokładnie tych samych ulic. Jeśli ich drogi są od siebie oddalone albo odgrodzone, nie ma rzeczywistego wymieszania. W kategorii ekonomiki ulicy, wzajemne podtrzymywanie się różnic jest wtedy fikcją albo czymś, co należy postrzegać jako abstrakcyjne sąsiadowanie różnych funkcji, które istnieje tylko na mapie.

Efektywność oznacza po drugie, że ludzie używający tych samych ulic w różnych porach muszą częściowo używać tych samych urządzeń i instytucji. Obecni mogą być ludzie rozmaici, ale ci, którzy pojawiają się w jednym celu i w jednym momencie nie mogą być rozdzieleni w jakiś abstrakcyjny sposób od tych, którzy pojawiają się z innego powodu. W ekstremalnym przypadku miejsca, które Metropolitan Opera w Nowym Jorku dzielić ma z osiedlem dla nisko zarabiających po drugiej stronie ulicy – połączenie to jest bez znaczenia – nawet jeśli byłoby tam miejsce na różnorodne funkcje mogące, teoretycznie, wspierać się nawzajem. Ten rodzaj ekonomicznej przeciwstawności rzadko zdarza się w mieście w naturalny sposób – ale jest często wprowadzany planowaniem.

I w końcu – efektywność oznacza, że mieszanka ludzi na ulicy w danym momencie dnia musi być w jakiejś sensownej proporcji do ludzi znajdujących się tam o innych porach. Już nawiązałam do tego przy okazji dolnego czubka Manhattanu. Od dawna zauważano, że mieszkania miały tendencję do przenikania do ożywionych śródmieść lub lokowania się tuż obok, a śródmieścia miały funkcje nocne, które mieszkańcy lubią i którym pomagają istnieć. (...)

(...) kilka tysięcy pracowników wciśniętych pomiędzy dziesiątki i setki tysięcy mieszkańców nie zmienia znacząco ogólnego bilansu ani co do liczby, ani w jakimś konkretnym miejscu. Albo jeden samotny biurowiec pośród wielkiego zgrupowania teatrów niewiele albo nic nie znaczy w sensie praktycznym. Krótko mówiąc: liczy się codzienna i zwyczajna zdolność do wytwarzania mieszanki ludzi jako pola ekonomicznej współpracy. O to tutaj chodzi, o konkretną cechę ekonomiczną, a nie jedynie o niewymierny efekt “kreowania atmosfery”.

(...)

Zatrzymałam się na śródmieściach z dwóch powodów zwłaszcza. Po pierwsze, niedostateczne wypełnienie zróżnicowaną funkcją jest zazwyczaj główną wadą naszych śródmieść, a często najbardziej katastrofalną przyczyną zła. Większość wielkich śródmieść spełnia – albo spełniała – wszystkie cztery warunki sprzyjające różnorodności. Dlatego były one w stanie stać się śródmieściami. Dzisiaj one zwykle spełniają tylko trzy warunki. Dostosowały się one za bardzo do funkcji miejsca pracy i mieszczą za mało ludzi poza godzinami pracy. (...)

Drugi powód dla występowania za mieszanymi funkcjami w śródmieściach to ich bezpośredni wpływ na inne części miasta. Prawdopodobnie każdy zdaje sobie sprawę z ogólnej zależności miasta od jego serca. Kiedy serce miasta ulega stagnacji albo dezintegracji, miasto jako środowisko społeczne zaczyna to odczuwać: ludzie, którzy się powinni się spotykać za sprawą funkcji centralnych – nie spotykają się, jeśli te przestają funkcjonować. Idee i pieniądze, które powinny się spotykać, i robią to często przypadkiem w miejscu centralnego skupienia się życia – przestają się spotykać. System życia publicznego w mieście wytwarza pustki, na które nie może sobie pozwolić. Bez silnego i pojemnego serca w środku, miasto staje się zbiorem obszarów zainteresowań, które się ze sobą nie stykają. Miasto nie może wytworzyć czegoś poważniejszego – społecznie, kulturowo i ekonomicznie – od sumy wydzielonych części.

Wszystkie te uwagi są ważne, ale tutaj mam na myśli bardziej szczególny wpływ gospodarczy wywierany przez silne serce miasta na inne dzielnice.

Szczególne dobroczynny wpływ, który ma miasto na kreatywność, najlepiej się sprawdza i najpewniej tam, gdzie działa najbardziej złożony układ wykorzystania jego struktury. Z takich inkubatorów kreatywności i przedsiębiorczości wywodzą się młode firmy, które mogą później – i robią to –objąć swoim zasięgiem inne części miasta.

Ten ruch został dobrze opisany przez Richarda Ratcliffa, profesora ekonomiki terenu na Uniwersytecie Wisconsin:

Decentralizacja jest symptomem degeneracji i upadku [mówi Ratcliff] jeśli zostawia za sobą pustkę. Tam, gdzie decentralizacja jest wytworem funkcji ześrodkowanych – jest zdrowa. Większość ruchu na zewnątrz niektórych funkcji miejskich ma miejsce, bo są one wypychane ze śródmieścia, aniżeli dlatego, że odpowiadają one na tendencję do odśrodkowego ruchu.

W mieście zdrowym, zauważa Profesor Ratcliff, występuje stała wymiana mniej intensywnych form używania terenu na formy bardziej intensywne. “Sztucznie wywołane rozprzestrzenienie to inna sprawa. Niesie w sobie niebezpieczeństwo utraty całkowitej efektywności i produktywności”.

(...)

(...) Wszystkie dominujące funkcje, czy to biura, czy mieszkania, sale koncertowe – są miasta figurami szachowymi. Wszystkie figury, poruszające się w różny sposób, muszą grać w koncercie, żeby osiągnąć najwięcej. Jak w szachach, pionek może się zamienić w królową. Ale urbanistyka różni się od szachów: figury się mnożą, jeśli dobrze się ich używa.

W śródmieściu polityka miejska nie może wpływać bezpośrednio na całkowicie prywatne przedsięwzięcia, które służą ludziom po pracy, i które ożywiają oraz pomagają ożywić miejsce, w którym się znajdują. Ani też polityka publiczna nie może zaklęciem utrzymać ich w śródmieściu. Ale – pośrednio – polityka publiczna może wspomóc ich rozwój dzięki użyciu swoich figur szachowych (i tych, na które ma wpływ) we właściwym miejscu, jako zaczątków przemian.

(...)

(...) Carnegie Hall jest ożywczą figurą szachową, grającą w koncercie z innymi. Najbardziej rujnującym dla całego sąsiedztwa planem, który można było wymyślić, byłoby zburzyć Carnegie Hall i zastąpić go jeszcze jednym biurowcem. To właśnie miało się zdarzyć w ramach decyzji władz Nowego Jorku by wszystkie najbardziej znaczące, albo potencjalnie najbardziej znaczące, figury szachowe z dziedziny kultury wyrwać z koncertu i wyizolować na wyspie planistycznej nazwanej Lincoln Center for the Performing Arts. (...)

To jest dopiero żałosny rodzaj urbanistyki, który ślepo zniszczy istniejące współzależności funkcji i automatycznie stworzy nowe problemy ze stagnacją jako produkt bezmyślnego forsowania sennych marzeń. Figury szachowe, a w śródmieściach figury wieczornego życia, które można sytuować poprzez politykę publiczną i publiczną presję – powinny być sytuowane tak, by wzmocnić i zwiększyć istniejące życie jak też aby zrównoważyć dysharmonię wykorzystania strategicznych miejsc w czasie. Nowy Jork ma wiele miejsc intensywnie wykorzystywanych w ciągu dnia, które wymierają wieczorem – co rodzi natychmiast potrzebę usunięcia tych figur szachowych z Lincoln Center. (...)

Oto dlaczego inwestycje takie, jak zgrupowania budynków kultury albo publicznej administracji, nie tylko są straszliwie niezrównoważone z zasady, ale wywierają tragiczny wpływ na swoje miasta. Wyizolowują formy życia, zbyt często formy nocnego życia, od dzielnic, które je muszą mieć aby nie ulec chorobie.

(...)

Ci, którzy mają trudności ze znalezieniem pieniędzy na wielkie inwestycje kulturalne, powiadają często, że bogaci ludzie przysłużą się dużo chętniej i bardziej do powstania wielkich, “nieskażonych” wysp pomników, niż do pojedynczych budynków kultury osadzonych w tkance miasta. (...) Czy to prawda – nie wiem; byłoby to jednak zrozumiałe, skoro ci zamożni, którzy są także oświeceni, byli przez lata informowani przez ekspertów jakoby budowa zespołów budynków była jedyną efektywną formą budowy miasta.

(...)

Ten nużący dylemat [poszukiwania wyizolowanej i “godnej” lokalizacji gmachów publicznych – przyp. tłum.] zupełnie nie bierze się ze sprzeczności pomiędzy wymaganiami miasta jako organizmu a wymaganiami poszczególnych funkcji, ani nie bierze się z niej większość dylematów planistycznych. Biorą się one głównie z teorii, które są chyba celowo w sprzeczności z wymaganiami miasta i potrzebami poszczególnych funkcji. (...)

(...)

(...) są dwie sprzeczne ze sobą wizje estetyczne – to jest rzecz gustu – a kto będzie dyskutował z gustem? Ale problem jest głębszy niż gust. Jedna z tych wizji – wyselekcjonowane “dziedzińce honorowe” – stoi w sprzeczności z potrzebami funkcjonalnymi i ekonomicznymi miasta, a także ich wybranych funkcji. Druga wizja – miasta wzajemnych przenikań, z dominantami architektonicznymi wielorako związanymi z tkanką codzienności – znajduje się w harmonii z ekonomicznym i innym zachowaniem się miast.

Każdy większy budynek w mieście, czy w postaci monumentalnej, czy nie, wymaga wielorakiej tkanki miasta “profanum”, by najlepiej funkcjonować. (...) A tkanki w mieście potrzebują tych budynków także, ponieważ to one wykształcają tkanki miasta. Co więcej: tkanka miejska potrzebuje takich mało spektakularnych wewnętrznych przenikań – albo nie będzie tkanką, tylko – jak osiedla mieszkaniowe – monotonią “profanum” (...).

(...)

W dzielnicach, które są głównie mieszkaniowe im więcej można pobudzić złożonych i różnych funkcji wiodących, tym lepiej – tak jak w śródmieściach. Ale główna figura szachowa, której potrzeba – to miejsca pracy jako funkcja wiodąca. (...)

(...)

Jak można wykorzystać obecność miejsc pracy, by na nich tworzyć miasto? Jak je wmontować, żeby, wraz z mieszkalnictwem, pomogły wytworzyć efektywne sposoby wykorzystania ulic? Tutaj trzeba rozróżnić między śródmieściem a przeciętną dzielnicą mieszkaniową przeżywającą problemy. W śródmieściach brak wystarczająco różnych funkcji wiodących jest zwykle najpoważniejszą wadą. W większości dzielnic mieszkalnych, a szczególnie w większości “szarych obszarów” brak ten jest zwykle tylko jedną z wad, czasami nie najważniejszą. Rzeczywiście, łatwo znaleźć przykłady, w których miejsca pracy przemieszane są z mieszkaniami, ale z małym skutkiem dla pobudzenia zróżnicowania i życia. Jest tak dlatego, że większość dzielnic mieszkalnych ma za duże kwartały, albo że zbudowano je całe od razu (i nigdy nie pokonały tego pierwotnego ograniczenia, nawet jak budynki się zestarzały), albo też – co bardzo częste – po prostu brakuje im wystarczająco dużej liczby mieszkańców. Pokrótce, nie spełniają one jednego z czterech warunków generowania różnorodności.

(...) Aby rozstrzygnąć w jaki sposób mieszaninę miejsc pracy i mieszkań wykorzystać najlepiej – tam gdzie już istnieją, albo gdzie mogą istnieć – niezbędne jest zrozumieć rolę odgrywaną przez trzy pozostałe generatory różnorodności.

(...)

 

z rozdziału II-9 “Potrzeba małych kwartałów”

warunek 2: Większość kwartałów musi być krótka, to znaczy ulice i możliwości skręcania w przecznice muszą być liczne.

(...)

z rozdziału II-10 “Potrzeba starych domów”

warunek 3: W dzielnicy muszą mieścić się budynki różniące się wiekiem i stanem utrzymania, w tym znaczna liczba domów starych.

Miasta potrzebują starych budynków tak bardzo, że aż nie można sobie wyobrazić żywych ulic i dzielnic by mogły bez nich się rozwijać. Mówiąc “stare budynki” nie mam na myśli muzealno-zabytkowych starych budowli, ani starych domów w doskonałym i drogim stanie renowacji chociaż są one świetnymi składnikami całości – ale całe mnóstwo niepozornych, zwykłych, mało wartościowych starych budynków, włączywszy nieraz stare budynki zupełnie zużyte.

(...) Aby ponosić wysokie narzuty [związane z kosztami budowy nowych domów], instytucje muszą być (a) wysoko dochodowe (b) wysoko subsydiowane.

Jeśli się rozejrzymy, to zobaczymy, że tylko działalność ustabilizowana, wysoko zyskowna, znormalizowana albo wysoko subsydiowana może zazwyczaj pozwolić sobie na ponoszenie kosztów nowych budynków. Sklepy sieci handlowych, restauracje sieci gastronomicznych, banki - idą do nowych domów. Ale bary narożne, restauracje zagranicznych kuchni, lombardy idą do starszych budynków. Supermarkety i salony obuwnicze często idą do nowych budynków; dobre księgarnie, antykwariaty – rzadko to robią. Dobrze dotowane opery i muzea sztuki często idą do nowych budynków. Ale nieformalni “wspomagacze” sztuki – pracownie, galerie, sklepy z instrumentami muzycznymi i narzędziami do malowania, lokale gdzie prowadzi się niezyskowne dyskusje – te idą do starego. I co zapewne ważniejsze – setki zwyczajnych przedsiębiorstw, niezbędnych dla bezpieczeństwa i życia publicznego na ulicach i w sąsiedztwach, docenianych za ich poręczną lokalizację i bezpośredniość kontaktu, mogą radzić sobie dobrze w starych budynkach, natomiast, wskutek narzutów w czynszach, słabną w nowych.

W przypadku naprawdę nowych inicjatyw każdego rodzaju nieważne jak okażą się one w końcu zyskowne i na ile odniosą sukces zupełnie nie ma miejsca na próby, błędy i eksperymentowanie w ekonomice wysokich narzutów typowej dla nowych domów. Stare inicjatywy mogą czasami korzystać z nowych budynków – nowe inicjatywy muszą używać starych.

Nawet przedsiębiorstwa, które mogą być najemcami nowych domów potrzebują starych domów w okolicy. W przeciwnym razie uczestniczą w ofercie i środowisku, które są ekonomicznie zbyt ograniczone – a przez to zbyt ograniczone funkcjonalnie, by być żywymi, interesującymi i przydatnymi. Kwitnąca różnorodność gdziekolwiek w mieście oznacza wymieszanie przedsiębiorstw wysoko zyskownych, średnio zyskownych, nisko zyskownych i w ogóle niezyskownych.

Jedyną szkodą, którą przynoszą dzielnicy stare domy to szkoda sprowadzająca się do tego, że nie ma nic oprócz starego, że wszystko stało się stare i zużyte. Ale obszar miasta znajdujący się w tym położeniu nie jest upadły dlatego, że jest tylko stary. Odwrotnie: obszar jest tylko stary, bo jest upadły. Z jakiegoś innego powodu albo sumy powodów wszystkie przedsiębiorstwa i ludzie niezdolni są podjąć budowy nowego. Prawdopodobnie obszar ten nie zdołał związać ze sobą ludzi i firm, które osiągnęły taki sukces, że stać ich było na budowę nowego albo rehabilitację starego – ci ludzie i firmy po prostu wynoszą się, jak tylko osiągną taki poziom. Obszar nie zdołał również przyciągnąć przybyszów, którzy wybraliby go z własnej woli, bo nie widzą tam dla siebie ani atrakcji, ani możliwości działania. (...)

(...)

Wiek budynku odniesiony do użyteczności i popytu, jest niezwykle subiektywną rzeczą. Nic w żywotnym mieście nie wydaje się zbyt stare by nie zostać wybranym przez kogoś, kogo stać na wybór (...). Ani ta użyteczność starego nie jest po prostu kwestią wartości architektonicznej czy atmosfery. (...)

(...) Nowość i jej powierzchowny blichtr dobrego życia jest dobrem szybko znikającym.

Wielu najemców i instytucji nie potrzebuje nowych budowli. Parter budynku, w którym powstaje ta książka, zajmuje salon odnowy z siłownią, firma dekorująca wnętrza kościołów, niepokorny klub reformy Partii Demokratycznej, klub polityczny Partii Liberalnej, stowarzyszenie muzyczne, związek akordeonistów, będący na emeryturze handlowiec, który wysyłkowo sprzedaje matę, człowiek, który sprzedaje papier i zajmuje się wysyłką maty, laboratorium dentystyczne, studio lekcji akwareli oraz wytwórca biżuterii. Pośród najemców, którzy byli tutaj zanim ja się zjawiłam znajdowali się: człowiek, który wypożyczał smokingi, zarząd związku zawodowego, haitańska trupa tańca. Nie ma dla nas miejsca w nowych domach. My i wielu innych potrzebujemy właśnie starych domów w żywej dzielnicy, które niektórzy z nas pomogą uczynić jeszcze żywszymi.

A też i nowe domy mieszkalne nie są niewiniątkami. Towarzyszy im wiele wad, a ich zalety, tak jak skutki niektórych wad są różnie oceniane przez różnych ludzi. Niektórzy na przykład za te same pieniądze wolą więcej przestrzeni (albo tyle samo przestrzeni za mniej pieniędzy) od aneksu jadalnego dla karłów. Niektórzy wolą ściany, przez które nie słyszy się sąsiadów. (...) Niektórzy zapłacą stopniowo za unowocześnienia swojej przestrzeni mieszkalnej tak pracą własną, jak własnym pomysłem, jak też za możliwość wyboru najbardziej dla nich ważnych usprawnień – zamiast uzyskać od razu typowo zaprojektowane wygodne mieszkanie za cenę dużych pieniędzy. (...)

Pośród podziwu godnych i najprzyjemniejszych miejsc, które można znaleźć przy chodnikach wielkich miast są genialne adaptacje starych pomieszczeń na nowe funkcje. Sień kamienicy, która stała się salonem wystawowym rzemieślnika, stajnia, która stała się mieszkaniem, piwnica, która stała się klubem imigrantów, warsztat lub browar przekształcony w teatr, salon piękności przekształcony w parter dwupoziomowego mieszkania, magazyn przekształcony na fabryczkę chińskiego jedzenia, szkoła tańca przebudowana na warsztat drukarski, warsztat szewski zamieniony na kościół z pięknie malowanymi oknami – takimi witrażami dla biednych, rzeźnik zamieniony na restaurację: to wszystko są drobne zmiany dziejące się stale jeśli dzielnica ma witalność i zmienia się wraz z potrzebami ludzi.

(...)

Kiedy taki teren jest nowozabudowany, nie oferuje ekonomicznych możliwości dla miejskiego zróżnicowania. Nieuchronną karą będzie nuda, która z tego czy innego powodu, szybko wyciśnie piętno na otoczeniu.

(...)

z rozdziału II-11 “Potrzeba koncentracji”

warunek 4: W dzielnicy musi znajdować się wystarczająco duża koncentracja ludzi, którzy są tam z jakiegokolwiek bądź powodu. Obejmuje to ludzi tam zamieszkałych.

(...)

(...) Wątpię, czy jest możliwe bez drastycznych ograniczeń, by iść dalej, niż gęstość North End [w Bostonie] – czyli 275 mieszkań na akr.

(...)

z rozdziału III-13 “Samodestrukcja różnorodności”

(...) Ciała publiczne i półpubliczne odpowiedzialne są za niektóre z instytucji, wpływających na miejską różnorodność – na przykład za parki, muzea, szkoły, większość sal zebrań, szpitale, niektóre biura, niektóre domy mieszkalne. Jednakże większość różnorodności w miastach jest wytworem niewiarygodnie dużej liczby różnych ludzi, różnych organizacji prywatnych, o bardzo zróżnicowanych pomysłach i celach, którzy planują i osiągają je poza formalnym systemem działań publicznych. Głównym zadaniem planowania i projektowania miast powinno być takie rozwijanie miast – na ile polityka i działanie publiczne jest w stanie – by były one wspaniałym miejscem dla rozkwitu tego wielkiego spektrum prywatnych planów, idej i możliwości, oraz dla rozkwitu przedsięwzięć publicznych. Dzielnice będą społecznie i gospodarczo wspaniałym miejscem, gdzie różnorodność będzie się sama generować – o ile będą miały wystarczająco różnorodne funkcje wiodące, gęstą sieć uliczną, pomieszanie budynków różnych wiekiem i dużą koncentrację ludności. (...)

(...) zamierzam zająć się niektórymi siłami wpływającymi, dobrze i źle, na wzrost różnorodności i żywotności w miastach, jeśli nawet obszar nie jest dotknięty brakiem jednego lub więcej warunku generowania różnorodności.

Te siły przynoszące zło to: tendencja do samodestrukcji obszarów różnorodnych wyjątkowo dobrze funkcjonujących; tendencja wielkich pojedynczych elementów (wiele z nich jest niezbędnych lub pożądanych) do wywierania śmiercionośnego wpływu; tendencja do destabilizacji zaludnienia wobec wzrostu różnorodności oraz tendencja zarówno publicznych jak prywatnych pieniędzy do pobudzania nadmiernych przemian albo do wstrzymywania przemian. (...)

Samozniszczenie różnorodności może odnosić się do ulic, małych węzłów witalności, do grup ulic albo do całych dzielnic. W tym ostatnim przypadku jest najpoważniejsza.

(...) Zróżnicowana struktura funkcji w jakimś miejscu w mieście staje się niezwykle popularna i odnosi całkowity sukces. Ze względu na wspaniały sukces, możliwy oczywiście tylko na gruncie kwitnącej i przyciągającej różnorodności, rozwija się zaciekła konkurencja o miejsce. (...)

Zwycięzcy w tej konkurencji o miejsce będą reprezentować tylko wąski wycinek wielu funkcji, które razem przyczyniły się do sukcesu. Którakolwiek z nich nie okazała się najbardziej zyskowną w okolicy, będzie powtarzana i powtarzana, spychając i zdominowując inne mniej zyskowne funkcje. Jeśli poprzednio ogromne rzesze ludzi, zwabione przydatnością lub ciekawością albo oczarowane atmosferą wybierały to miejsce do mieszkania lub pracy, teraz zwycięzcy w tej konkurencji będą potrzebni tylko dla wąskiej grupy ludzi. Skoro tak wielu chce przybyć, ci, którzy przybywają albo zostają, będą wysegregowani według kryterium dochodów.

(...)

W ten sposób jedna albo kilka dominujących funkcji wychodzi na końcu jako zwycięska. Ale ten triumf jest płytki. Najbardziej złożony i skuteczny organizm wzajemnej współzależności ekonomicznej i społecznej został w efekcie zniszczony.

Od tego momentu, okolicę zaczną stopniowo opuszczać ludzie korzystający z niej w innych celach, niż te dla których istnieją funkcje zwycięskie w konkurencji – bo innych funkcji już tam nie będzie. Wizualnie i funkcjonalnie miejsce zaczyna przedstawiać się monotonnie. Zaczną się zapewne pojawiać wszystkie ekonomiczne wady nierównomiernej w czasie obecności ludzi. Odpowiedniość miejsca nawet dla dominującej funkcji z czasem się zmniejszy (...). Stopniowo miejsce, które tak sobie dobrze radziło, i w które było przedmiotem ostrej walki, zamiera i marginalizuje się.

(...)

(...) Weźmy na przykład skrzyżowanie ulic Chestnut i Broad w Filadelfii – miejsce, które kilka lat temu było apogeum rozmaitych funkcji handlowych i usługowych na Chestnut Street. Narożniki na tym skrzyżowaniu były przez pośredników handlu nieruchomościami określane jako “stuprocentowa lokalizacja”. Było to miejsce do pozazdroszczenia. Na jednym rogu był bank. Trzy inne banki kupiły trzy pozostałe narożniki, zapewne by być także w “stuprocentowej lokalizacji”. Od tego momentu miejsce przestało być “stuprocentową lokalizacją”. Dzisiaj skrzyżowanie jest martwą barierą na Chestnut Street, a zgiełk różnorodności i aktywności został zepchnięty dalej.

Te banki zrobiły ten sam błąd, jak pewna rodzina, którą znam. Kupiła ona akr ziemi na wsi, by zbudować dom. Przez wiele lat, kiedy nie mieli pieniędzy na budowę, odwiedzali miejsce regularnie i piknikowali na pagórku – najatrakcyjniejszym punkcie działki. Tak bardzo się przyzwyczaili do tego, że kiedy w końcu mogli sobie pozwolić na dom, zbudowali go na pagórku. I w ten sposób pagórek zniknął. Nie zdali sobie sprawy, że zniszczą go i stracą, jeśli zastąpią go sobą.

(...)

Z jakiegoś powodu banki, towarzystwa ubezpieczeniowe i prestiżowe biura są najzachłanniejszymi niszczycielami (...). Wystarczy zobaczyć, gdzie skupiają się banki i towarzystwa ubezpieczeniowe, i zwykle zobaczy się, gdzie zniszczono centrum różnorodności, gdzie węzeł życia zrównano z ziemią.

(...)

Problem właściwie sprowadza się do powstrzymania nadmiernego powielania się funkcji w jednym miejscu oraz kierowania powielonej funkcji do miejsc, gdzie nie będą nadmiernym powieleniem, ale zdrowym dodatkiem. Inne miejsce może być w pewnej odległości, a czasem naprawdę bardzo blisko. Nie można ich arbitralnie określić. To muszą być miejsca, gdzie nowe funkcje będą miały wspaniałe możliwości samodzielnego wzrostu – lepsze możliwości w istocie, niż w miejscach skazanych na samozniszczenie.

Sądzę, że można wpływać na zróżnicowanie dzięki kombinacji trzech środków, które nazwę: strefowanie dla różnorodności, powstrzymanie odpływu budynków publicznych oraz konkurencyjna alternatywa. (...)

Strefowanie dla różnorodności trzeba traktować inaczej niż typowe strefowanie dla przystawalności, ale – jak każde strefowanie – jest ono przymusowe. Jedną formę stefowania dla różnorodności już znamy w niektórych dzielnicach: to ograniczenia co do wyburzania wartościowych historycznie budynków. (...) Na niektórych ulicach maksymalna wysokość budynków została drastycznie obniżona. Większość ulic, których to dotyczy, już ma wiele budynków powyżej limitu wysokościowego. To nie świadczy o braku logiki, ale to jest dokładnie tym, o co proszono: aby niższe budynki nie mogły być później zastąpione nadmiernym powielaniem bardziej wartościowych budynków wysokich. (...)

Celem strefowania dla przemyślanej różnorodności nie powinno być zamrożenie warunków i funkcji takimi jak są. To by była śmierć. Celem jest natomiast zapewnić, by zmiany lub elementy stopniowo wprowadzane w miejsce istniejących nie mogły być przytłaczające i dominujące w jakikolwiek sposób. To często oznacza bariery dla zbyt szybkiej wymiany zabudowy. Myślę, że szczegółowy model strefowania dla różnorodności albo kombinacja takich modeli, którego wymaga szczególnie dobrze radząca sobie dzielnica będzie prawdopodobnie różniła się zależnie od konkretnego miejsca i szczególnej formy samodestrukcji, która jej zagraża. Jednakże, w zasadzie strefowanie odnoszące się do wieku budynków i ich wielkości jest logicznym narzędziem, ponieważ zróżnicowanie typów budowli odbija się zwykle na typach funkcji i rodzaju ludzi, którzy ich używają. Park otoczony intensywnie powielonymi wysokimi biurowcami lub kamienicami mieszkalnymi może być objęty zapisem niższej wysokości, szczególnie na południowej pierzei, by w ten sposób osiągnąć dwa skutki za jednym uderzeniem: dać parkowi światło słoneczne zimą i ochronić pośrednio, przynajmniej w jakimś stopniu, różnorodność otaczającej struktury.

Całemu temu strefowaniu dla różnorodności – skoro zamierzonym celem jest zapobieżenie nadmiernemu powielaniu najzyskowniejszych funkcji – musi towarzyszyć modyfikacja podatków. Fakt, że istnieje teren, na którym ogranicza się przemianę w najbardziej bezpośrednio osiągalną zyskowną funkcję, musi mieć odzwierciedlenie w podatkach. Byłoby nierealistyczne ustanowić ograniczenia dla rozwoju nieruchomości (czy to przy pomocy narzędzia odwołującego się do wysokości, czy wartości budynku, wartości historycznej albo estetycznej, czy jeszcze innego), a potem pozwolić, by wycena tej nieruchomości była odzwierciedleniem nieprzystającej wartości sąsiednich działek, znacznie zyskowniej zagospodarowanych. W istocie, podnoszenie się wartości miejskich terenów spowodowane wzrostem wartości sąsiadów, jest dzisiaj potężnym środkiem wymuszającym nadmierne powielanie funkcji. Ta presja będzie cały czas oddziaływać nawet w obliczu ograniczeń nałożonych dla jego powstrzymania. Żadną miarą sposobem na podniesienie dochodów z podatków w mieście nie jest eksploatacja do ostatnich granic krótkoterminowego potencjału każdego miejsca. To podważa długoterminowy potencjał całej dzielnicy. Sposobem na podniesienie dochodów z podatków w mieście jest powiększenie i ekspansja dobrze prosperujących obszarów. Wysoki dochód z podatków jest ubocznym produktem magnetyzmu miasta, a jednym z jego niezbędnych składników jeśli celem jest nieustająca prosperity – jest pewna doza szczegółowych, przemyślanych i skalkulowanych modyfikacji w oczekiwanych wpływach podatkowych z konkretnych miejsc, aby utrwalić różnorodność i wykluczyć samozniszczenie.

Drugim potencjalnym narzędziem dla powstrzymywania nieokiełznanego powielania funkcji jest to, co nazywam powstrzymaniem odpływu budynków publicznych. (...) Instytucje publiczne i inspirowane interesem publicznym powinny urządzać swoje siedziby w miejscach, w których efektywnie wspomogą one różnorodność (a nie tylko powielą charakter sąsiadów). Zatem, w swojej funkcjonalnej roli, powinny one trwać, niezależnie od tego, jak wartościowy staje się teren w wyniku odniesionego sukcesu (do którego zresztą się przyczyniły, jeśli były właściwie zlokalizowane) i niezależnie od tego jak wielkie byłyby oferty tych, którzy chcieliby je zburzyć dla powielenia otaczających zyskownych funkcji. To jest polityka pogardzenia groszem dla zyskania złotówki, którą powinny prowadzić władze miejskie i ciała mające świadomy interes w sukcesie miasta – analogicznie do polityki podatkowej służącej pobudzaniu różnorodności. (...) Krótko mówiąc: instytucje publiczne i inspirowane publicznym interesem mogą zrobić wiele dla utrwalenia różnorodności poprzez trwanie pośrodku różnych otaczających funkcji, mimo że pieniądze się wokół nich obracają i błagają, by obracać się na ich miejscu.

(...)

Wraz z narzędziami obrony musi (...) iść narzędzie inne: konkurencyjnej alternatywy.

(...)

(...) wracamy więc do podstawowej potrzeby wyposażania coraz wiekszej liczby ulic i dzielnic w cztery warunki niezbędne ekonomicznie do miejskiego zróżnicowania.

Można być pewnym, że zawsze, w każdym szczególnym momencie, będą jakieś dzielnice najszerzej zróżnicowane, najpopularniejsze i najbardziej kuszące by je zniszczyć chwilowo najzyskowniejszymi powieleniami funkcji. Jeśli jednak inne lokalności nie za bardzo odstają w szansach rozwoju i atrakcyjności, i jeśli inne są już w drodze do tego stanu, mogą razem zaoferować konkurencyjną alternatywę dla tych najbardziej popularnych. Ich siła przyciągania będzie wzmocniona dzięki przeszkodom dla powielania nałożonym w dzielnicach najbardziej popularnych, przeszkody te są niezbędnym dodatkiem dla konkurencyjnej alternatywy. (...)

 

z rozdziału III-16 “Kapitał stopniowy i kapitał przynoszący katastrofę”

Pieniądze mają swoje ograniczenia. Nie można za nie kupić trwałego (bo wyrastającego organicznie) sukcesu miastom, w których warunki dla trwałego sukcesu nie istnieją i gdzie tych warunków nie uda się za pieniądze stworzyć. Co więcej, pieniądze mogą jedynie przynieść ostateczną zgubę, jeśli zniszczą warunki niezbędne dla trwałego sukcesu. Z drugiej strony, poprzez umożliwienie zaspokojenia niezbędnych warunków, pieniądze mogą wykreować trwały sukces. On zaś jest niezbędny.

Z tych powodów pieniądze są potężną siłą zarówno upadku miast, jak i regeneracji. Ale trzeba zrozumieć, że ogromnie ważna jest nie sam fakt dostępności kapitału, ale w jaki sposób jest on dostępny i dla jakich celów.

Trzy podstawowe rodzaje kapitału finansują i kształtują większość przemian rozgrywających się w dzielnicach mieszkaniowych i usługowych. Ponieważ ten kapitał jest tak silnym instrumentem – miasto tak się ma, jak kapitał jest serwowany.

Pierwszym i najważniejszym z tych trzech rodzajów kapitału jest kredyt udzielany przez zwykłe, nierządowe instytucje. W kolejności ich wkładów hipotecznych najważniejszymi z nich są towarzystwa oszczędnościowo-pożyczkowe, towarzystwa ubezpieczeniowe, banki komercyjne i banki wzajemnego oszczędzania. Do tego dochodzą różne rodzaje mniejszych pożyczkodawców hipotecznych (niektóre z nich rosną gwałtownie, jak fundusze emerytalne). Jak dotąd, lwia część budownictwa, przebudów, rehabilitacji, translokacji i ekspansji, które dzieją się w mieście (jak również na przedmieściach poza granicami miast), finansowana jest przez ten rodzaj pieniędzy.

Drugi rodzaj kapitału dostarczany jest przez rząd, zarówno z podatków, jak i przez rządową zdolność pożyczkową. Obok budownictwa miejskiego tradycyjnie finansowanego przez rząd (jak szkoły, drogi itp.), w niektórych wypadkach budownictwo mieszkaniowe i nieruchomości usługowe finansowane są także w ten sposób. Jeszcze więcej rzeczy kształtuje fakt, że mogą one być finansowane częściowo albo zabezpieczone innymi pożyczkami. Federalne i miejskie subsydia na udostępnienie terenu aby umożliwić prywatnie finansowane projekty przebudowy i odnowy miejskiej są jedną z postaci wykorzystania tych pieniędzy; inną postacią są inwestycje mieszkaniowe prowadzone przez władze federalne, stanowe lub miejskie. Dodatkowo rząd federalny gwarantuje aż dziewięćdziesiąt procent wartości pożyczek hipotecznych udzielanych przez instytucje konwencjonalne – a nawet zakupuje od nich te udziały hipoteczne pod warunkiem, że inwestycje, których hipoteka była w ten sposób gwarantowana, odpowiadają normom planistycznym zaaprobowanym przez Federalną Administrację Mieszkalnictwa (Federal Housing Administration).

Trzeci rodzaj kapitału pochodzi z szarej strefy inwestowania, powiedzmy: ze świata podziemnej gotówki i kredytu. Skąd się te pieniądze biorą właściwie, i jaką idą drogą, jest skrywane i tajemne. Te pieniądze pożycza się na procent co najmniej dwadzieścia, a co najwięcej na tyle, ile zniesie rynek – czasami, jak się okazuje, nawet na osiemdziesiąt, włączywszy wszystkie kombinacje oprocentowania i rozmaite prowizje pośredników. Kapitał ten pracuje na wiele sposobów -–z których mało jest naprawdę konstruktywnych i pożytecznych – ale jest on najbardziej zauważalny przy finansowaniu szkodliwych przebudów podniszczonych domów w slumsy – czemu towarzyszą wygórowane zyski. Te pieniądze są tym dla rynku hipotecznego, czym lichwa dla finansów osobistych.

Wszystkie trzy rodzaje pieniędzy zachowują się różnie w znaczącym stopniu. Wszystkie odrywają swoją rolę w finansowaniu zmian własnościowych w mieście.

Mając pełną świadomość tych różnic, a szczególnie różnicy pomiędzy kapitałem szarej strefy a uczciwym kapitałem prywatnym lub publicznym – zamierzam wykazać, że zachowanie się wszystkich trzech typów kapitału jest podobne w jednym aspekcie. Mianowicie pieniądze te kształtują w miastach przemiany o charakterze katastrofy. Stosunkowo niewiele z niego stymuluje przemiany stopniowe.

Pieniądze finansujące kataklizm wlewają się do dzielnicy w sposób skoncentrowany i powodują drastyczne zmiany. Jednakże pieniądze te wysyłają stosunkowo mało bodźców do miejsc, które temu kataklizmowi nie były poddane.

Rysując wyraziście rezultaty działania tych trzech typów kapitału w dzielnicach i na ulicach mu poddanych, nie można porównać ich do systemów irygacyjnych przynoszących życiodajną wodę służącą spokojnemu i stałemu wzrostowi. Przeciwnie, kapitał ten zachowuje się jak nieprzyjazny klimat poza kontrolą człowieka, w którym susza goni gwałtowne, powodujące erozję powodzie.

To oczywiście nie jest budujący sposób “karmienia” miast. Kształtowanie miasta właściwie postawione oznacza ciągłą i stopniową zmianę, budującą coraz bardziej skomplikowane zróżnicowanie. Wzrost i zróżnicowanie powstaje wskutek przemian współzależnych, które wytwarzają coraz to efektywniejszą kombinację funkcji. Wychodzenie ze stanu slumsu – jeśli tylko miało by zostać przyśpieszone dla wyjścia ze stanu zamrożenia, w którym znajduje się teraz – byłoby procesem powolnej i stopniowej zmiany. Wszystkie układy miejskie, które zachowują prawo do istnienia mimo, że ich nowoczesność już się skończyła, jeśli tylko zachowują jakość ulic i sprzyjają gospodarności mieszkańców, potrzebują zdolności do adaptacji, dotrzymania kroku przemianom, potrzebują być interesujące i wygodne – a to wszystko wymaga mnóstwa stopniowych, ciągłych i niewielkiej skali przemian.

Doprowadzenie ulic i dzielnic do stanu wydolności (co oznacza głównie stworzenie warunków do pogłębiania różnorodności) i utrzymanie ich w tym stanie – to zadanie, którego nie można zacząć zbyt wcześnie. Ale z drugiej strony jest to zadanie, które nigdy się nie skończy, w jakimkolwiek bądź miejscu.

Rodzajem kapitału, który powinien się pomnażać, który powinien budować i uzupełniać to, co istnieje, jest kapitał stopniowy. Ale właśnie tego niezbędnego instrumentu nie ma.

(...)

“Jeśli siłą podatku jest zdolność do zniszczenia ... to decydowanie o kredycie jest nie tylko zdolnością do zniszczenia, ale i zdolnością do tworzenia i do ukierunkowywania” – powiada profesor Charles M. Haar ze Szkoły Prawniczej Harvardu w analizie bodźców federalnych dla inwestowania w mieszkalnictwo.

Siła zniszczenia, którą dysponują władający kredytami, jest siłą negatywną: to zdolność do odmowy kredytu.

(...)

Sporządzanie czarnych list lokalizacji, gdzie kredytu się nie udziela, jest nieosobowe. Działa nie przeciwko mieszkańcom lub biznesmenom jako osobom, ale przeciwko ich dzielnicom i sąsiedztwom. Na przykład kupiec, którego znam z wciągniętego na czarną listę sąsiedztwa w East Harlem w Nowym Jorku, nie mógł pożyczyć 15 tysięcy dolarów dla rozbudowy i modernizacji położonego tam swojego przedsiębiorstwa. Nie miał on jednak problemu z dostaniem 30 tysięcy na budowę domu na Long Island. Podobnie mieszkaniec North End [w Bostonie], tylko dlatego, że żyje i ma pracę murarza, księgowego albo ślusarza, może łatwo pożyczyć pieniądze na trzydziestoletnią spłatę na stały procent w celu kupienia domu na przedmieściach. Ale w North End ani on, ani jego sąsiedzi, ani ich gospodarze nie są warci groszowego choćby kredytu.

To jest bezczelne i destruktywne – ale zanim spojrzymy na to z odrazą, dobrze się zastanowić i zauważyć, że banki i inni zwyczajni pożyczkodawcy sporządzający czarne listy dzielnic nie robią nic innego, jak tylko biorą na serio akademickie lekcje urbanistyki. To nie są łajdacy. Mapy czarnych list są identyczne, jeśli chodzi o zasadę i większość wniosków, z mapami burzenia slumsów, sporządzanymi przez miasto. A mapy burzenia slumsów są uważane za odpowiedzialne instrumenty, używane w odpowiedzialnych celach – zaś ich celem jest między innymi przestrzeganie pożyczkodawców, aby wstrzymali się z inwestowaniem w tych miejscach.

(...)

Mapy czarnych list kredytowych, tak jak mapy burzenia slumsów, są dokładnymi przepowiedniami, ponieważ są przepowiedniami samospełniającymi się.

(...)

Ludzie z miasta finansują budowę suburbiów. I rzeczywiście: jedną z misji historycznych miast, tych cudownie produktywnych i wydajnych miejsc, jest finansowanie kolonizacji.

Ale wszystko można zupełnie wypaczyć.

(...) Czy wielkie biurokracje pieniądza są już takimi wielkimi rybami, że mogą działać tylko w miastach dużych ryb, wielkich pożyczkobiorców, ogromnych i nagłych zmian? Czy system, który z chełpi się z jednej strony porcjowaniem kredytu na zakup encyklopedii, wakacyjne podróże, jest z drugiej strony zdolny dawać kredyt tylko gwałtownie na hurtowo zgromadzone działki?

Myśl o kierowaniu wielkich sum na rozrost płaskich suburbiów kosztem biedniejących dzielnic miasta nie była wynalazkiem pożyczkodawców hipotecznych (chociaż oni, wraz z budowniczymi suburbiów, stali się żywotnie zainteresowanymi ta praktyką). Również ani pomysł, ani metoda zaprowadzenia tej praktyki nie wyniknęły logicznie od wewnątrz naszego systemu kredytowego. Zrodziły się w pełnych najlepszej woli myślicielach społecznych. Przed latami 1930-tymi, kiedy wypracowywano metody pobudzania wzrostu przedmieść, właściwie wszyscy mądrzy ludzie z rządu – od lewej do prawej – popierali cele, chociaż mogli się różnić co do metod. (...)

Katastrofalne użycie pieniędzy na eksurbanizację i wynikające z tego ubożenie wszystkich tych części miasta, które planistyczna ortodoksja opatrzyła piętnem slumsów, było tym, co nasi mądrzy ludzie chcieli dla nas: włożyli wiele wysiłku, w ten czy inny sposób, aby to osiągnąć.

Celowe publiczne dofinansowanie katastrofalnego kredytu prywatnego na inwestycje przebudowy i odnowy jest przypadkiem jeszcze bardziej oczywistym. Na początek społeczeństwo swoje subsydia na pozyskanie i wyczyszczenie terenu wkłada w popieranie tych katastrofalnych przemian – wyłącznie po to, żeby katastrofalne inwestycje prywatne uczynić finansowo możliwymi. Społeczeństwo również pilnuje, żeby inwestycje prywatne były użyte wyłącznie do stworzenia form pseudo-miasta i do zwalczania miejskiej różnorodności. Społeczeństwo idzie nawet dalej w gwarancjach hipotecznych dla odnowy upierając się, żeby twory gwarantowane były tak statyczne, jak tylko człowiek może to uczynić na cały czas trwania tego zainwestowania. Zmiana stopniowa została na przyszłość wyjęta spod prawa.

(...)

Sytuacja jest inna w przypadku powodującego katastrofę użycia zwykłego kredytu dla samozniszczenia różnorodności. Katastrofalne efekty powstają nie z hurtowego kredytowania ale ze spiętrzenia się wielu poszczególnych transakcji, skoncentrowanych akurat w jednym miejscu i czasie. Społeczeństwo nie stworzyło celowych bodźców dla tej postaci zniszczenia miejsc wyjątkowego sukcesu w mieście. Ale też społeczeństwo nie zrobiło niczego, żeby przeszkodzić albo zwrócić gdzie indziej ten potok niszczących miasto pieniędzy.

Prywatne inwestowanie kształtuje miasta – ale istniejące w społeczeństwie idee (i prawa) kształtują prywatne inwestowanie. Najpierw przychodzi obraz tego, czego chcemy, potem adaptuje się maszynerię dla materializacji wyobrażenia. Maszyneria finansowa została dostosowana do stworzenia wyobrażenia anty-miasta dlatego i tylko dlatego, że myśmy jako społeczeństwo myśleli, że to będzie dla nas dobre. Jeśli kiedyś pomyślimy, że ożywione i zróżnicowane miasto, zdolne do ciągłego i drobnej skali usprawniania się i przemieniania, że to miasto jest godne pożądania, wówczas dostosujemy machinę finansową aby cel osiągnąć.

Co do rodzącego katastrofę użycia środków publicznych na przebudowę miast: jest jeszcze mniej powodów, niż w przypadku prywatnego kredytu, by sądzić, że tak się dzieje, bo tak się dziać musi. Pieniędzy na komunalne budownictwo mieszkaniowe używa się w katastrofalny sposób zamiast na stopniową i spokojną modernizację ulic i dzielnic, ponieważ myśleliśmy, że kataklizmy będą dobre dla mieszkańców slumsów i będą stanowiły dla reszty przykład dobrego życia w mieście.

Nie ma powodu dlaczego fundusze podatkowe i kredyt publiczny nie mógłby iść na “odslumianie” zamiast na tych slumsów burzenie. Metody zupełnie różne od dzisiaj stosowanych możliwe są dla subsydiowania mieszkalnictwa. (...)

Podobnie nie ma żadnego powodu dlaczego budynki użyteczności publicznej muszą być izolowane i grupowane w kompleksy przestrzennej katastrofy biur i kultury. Można je budować i lokalizować jako elementy powolnej zmiany, aby wzbogacić i ożywić tkankę obecnego miasta. Robimy to inaczej tylko dlatego, że wierzymy, że tak jest dobrze.

Pieniądze szarej strefy społeczeństwu trudno kontrolować, jednakże moglibyśmy wiele zrobić dla ograniczenia ich katastrofalnych efektów. Wpisywanie dzielnic na czarne listy otwiera przed kapitałem wyzysku i eksploatacji szerokie możliwości katastrofalnego użycia. W tym momencie problemem nie są pieniądze wyzysku, ale (społecznie uświęcone) powstrzymywanie konwencjonalnego inwestowania.

(...)

Tak łatwo jest za upadek miast winić ruch uliczny ... albo imigrantów ... albo fanaberie klasy średniej. Upadek miast ma głębsze korzenie i jest bardziej skomplikowany. Bierze się dokładnie z tego, czego my chcemy i z naszej niewiedzy o tym, jak miasta funkcjonują. Formy, w których używa się kapitału dla tworzenia miast – albo w których się ich nie używa – są dzisiaj silnym instrumentem upadku miast. Formy używania tych pieniędzy muszą zacząć pracować dla regeneracji – muszą być przekształcone z instrumentu finansującego katastrofę, w instrument finansujący ciągłe, stopniowe, złożone i łagodniejsze przemiany.

z rozdziału IV-17 “Subsydiowanie mieszkań”

(...) jaki jest powód subsydiowania mieszkań w miastach?

Odpowiedź, którą długo akceptowaliśmy, była taka: powodem dla którego potrzebowaliśmy subsydiów mieszkaniowych była opieka nad tymi, którzy nie mogą wynajmować mieszkań w prywatnych domach.

Oraz, mówiono (tak długo, jak należało), mieszkalnictwo subsydiowane powinno urzeczywistniać i demonstrować zasady dobrego mieszkania i projektowania.

(...)

Jednakże, szybciej niżeśmy się zorientowali, “ludzie, którzy nie mogli wynajmować mieszkania w prywatnych domach” zamienili się w statystyczną grupę z wymaganiami co do dachu na głową, które oparte zostały na jednej tylko statystycznej danej: ich dochodzie. Ta statystyczna grupa stała się jakby specjalnym stadem morskich świnek, którymi muszą sobie zawracać głowę mieszkańcy Utopii.

Nawet, gdyby utopianie dysponowali sensownymi społecznie programami miejskimi, to nie da się obejść faktu, że jest błędem część mieszkańców określoną według kryterium dochodu grupować w oddzielnym sąsiedztwie, w którym obowiązują inne zasady współistnienia. (...)

Przyjęcie, że sam fakt subsydiowania wymaga, żeby ludzie ci byli lokowani gdzieś poza sektorem prywatnym było czystą aberracją. Rząd nie przejmuje przecież zarządu lub własności ponad subsydiowanymi farmami albo subsydiowanymi liniami lotniczymi. Rząd najczęściej nie podejmuje się zarządzać muzeami dlatego, że dostają one subsydia ze środków publicznych. Nie przejmuje własności lub kierownictwa nad środowiskowymi szpitalami, których budowa jest dzisiaj możliwa często tylko dzięki rządowym dotacjom.

Mieszkalnictwo sektora publicznego zupełnie nie przystaje form działalności kapitalistycznej i form partnerstwa sektora publicznego, któreśmy wytworzyli – wynika z przekonania o tym, że sektor publiczny musi mieć na własność te nieruchomości tylko dlatego, że je subsydiuje.

(...)

Problem radzenia sobie subsydiami dla osób nie mogących ponosić kosztów mieszkania na własną rękę jest przede wszystkim problemem rozróżnienia między tym, co oni mogą zapłacić, a kosztami ich mieszkania. Dachu nad głową mogą więc im dostarczyć prywatni właściciele domów, a różnica ta może być im rekompensowana – albo wprost w postaci dotacji albo pośrednio jako dodatki do czynszów dla najemców. Zakres tych subsydiów może być bardzo szeroki: mogą się tyczyć starych domów, nowych domów, domów poddanych modernizacji.

Zaproponuję tutaj jedną metodę – nie jako jedyną możliwą, ale jako metodę, która zdolna jest rozwiązać najbardziej obecnie palące problemy modernizacji miast. W szczególności jest to sposób wprowadzenia nowych budynków stopniowo zamiast jako kataklizmu, wprowadzenia ich jako składnika różnorodności panującej w sąsiedztwie zamiast jako formy ujednolicenia; byłby to sposób wprowadzenia nowych budowli w obręb dzielnic objętych czarnymi listami i dopomożenia procesom “deslumizacji” by rozwijały się szybciej. (...)

Metodę tę można by nazwać metodą gwarantowanego czynszu. Będzie się ona tyczyć nie osiedli, ale kamienic – które są wśród innych kamienic, starych i nowych, przy ulicach miejskich. Te kamienice z gwarantowanym czynszem byłyby różnych rodzajów i wielkości (...).

Aby zachęcić prywatnych właścicieli do wznoszenia takich kamienic w miejscach, w których ich potrzeba do zastąpienia kamienic zużytych albo powiększenia liczby mieszkań, agencja publiczna, którą nazwę Urzędem Subsydiów Mieszkaniowych (USM) udzieliłaby inwestorom dwóch rodzajów gwarancji.

Po pierwsze USM gwarantowałby inwestorowi, że ten zdobędzie niezbędne środki do budowy. Jeśli inwestor może dostać pożyczkę od zwykłej instytucji kredytowej, USM gwarantowałby zapis na hipotece. Jeśli inwestor nie byłby w stanie dostać takiej pożyczki, USM sam udzieliłby niezbędnego kredytu – to nieco dziwna funkcja, ale niezbędna ze względu na zorganizowaną praktykę zwykłych kredytodawców umieszczania niektórych dzielnic na czarnych listach. Byłaby ona niezbędna tylko o ile w ramach tego programu nie dałoby się uzyskać pożyczki od konwencjonalnych kredytodawców, która byłaby obarczona sensownym oprocentowaniem.

Po drugie, USM zagwarantowałby tym inwestorom (albo właścicielom, którym kamienice by sprzedano) czynsz za mieszkania wystarczająco wysoki, aby pokryć koszty ich utrzymania.

W zamian za umożliwienie finansowania i za gwarancje przychodu z czynszów za wszystkie zamieszkałe lokale, USM wymagałby od właściciela (a) wybudowania kamienicy we wskazanej dzielnicy, a czasem we wskazanym miejscu oraz (b) że w większości wypadków inwestor wybierze najemców spośród tych starających się o mieszkanie, którzy pochodzą z określonego obszaru miasta albo nawet z określonych budynków. To by normalnie było z obszaru nieodległego, ale czasem nie musiało by być.

Po tym jak właściciel kamienicy wybrałby najemców, USM przyjrzałby się ich dochodom. (...) Te badania dochodów, w których brałoby się pod uwagę gospodarstwo domowe, powtarzane by były corocznie. (...)

(...)

z rozdziału IV-21 “Zarządzanie i planowanie w dzielnicach”

Kiedy sprawy ludzkie osiągają nowy poziom komplikacji, jedyną rzeczą, którą można zrobić jest wynalezienie sposobu na utrzymanie rzeczy w dobrym zdrowiu na tym nowym poziomie. Inaczej dochodzi do czegoś, co Lewis Mumford określił trafnie jako “dekonstrukcja” – to los społeczeństwa, które nie może podtrzymać złożoności, na której jest zbudowane, i od której zależy.

Sztywne, zbyt uproszczone pseudo-planowanie i pseudo-urbanistyka, którą mamy dzisiaj, są sposobem na “dekonstrukcję” miast. Chociaż jednak były one wykształcone i uświęcone reakcyjną teorią, która właśnie gloryfikuje “dekonstrukcję” miast, praktyka i wpływ tego rodzaju planowania dzisiaj nie spoczywa wyłącznie na teorii. Skoro organizacja zarządzania nie ewoluowała wraz z rozwojem miasta i jego złożoności, “destrukcja” miast stała się stopniowo zgubną ale praktyczną koniecznością dla personelu planowania i administrowania miastem, którego członkom powierza się zadania godne supermenów. Rutynowe, sztywne i szkodliwie uproszczone rozwiązania dla wszystkich rodzajów potrzeb przestrzennych (nie mówiąc już o potrzebach społecznych i gospodarczych) muszą być wypracowywane przez systemy administrowania, które utraciły siłę pojmowania, sterowania i waloryzacji mnóstwa elementów, dających witalność, unikatowość, detali finezyjnie ze sobą powiązanych i wzajemnie od siebie zależnych.

Zastanówmy się chwilę nad celami, które planowanie musi sobie postawić, jeśli chce dążyć do miasta żywego.

Planowanie dla miasta żywego musi pobudzać i katalizować największy możliwie spektrum różnych funkcji i osób we wszystkich dzielnicach dużego miasta – to jest zasadnicza baza siły gospodarczej miasta, żywotności jego społeczeństwa i siły przyciągania. Aby to zrobić planiści muszą zdiagnozować, czego w danym miejscu brak dla pobudzenia zróżnicowania, potem zaś starać się pomóc uzupełnić te braki na ile to możliwe.

Planowanie dla miasta żywego musi działać na rzecz ciągłości sieci ulicznej w sąsiedztwach, której użytkownicy i nieformalni posiadacze będą w najwyższym stopniu przyczyniać się do utrzymania bezpieczeństwa w przestrzeni publicznej, do wykształcenia takich zachowań u obcych, aby ich obecność przynosiła korzyść - a nie szkodę, do radzenia sobie z dziećmi w miejscach publicznych.

Planowanie dla miasta żywego musi zwalczać rujnującą obecność pustek granicznych i musi wspomagać wykształcenie się poczucia związku z dzielnicami, które są wystarczająco duże, wystarczająco zróżnicowane i bogate w wewnętrzne i zewnętrzne kontakty – by mogły sobie poradzić z ciężkimi, praktycznymi problemami życia w dużym mieście, które są rzeczywistością.

Planowanie dla miasta żywego musi stawiać sobie za cel sanację dzielnic upadłych poprzez stworzenie warunków obliczonych na przekonanie wielkiej części rdzennych mieszkańców, kimkolwiek by nie byli, by pozostali z własnego wyboru – uzyska się w ten sposób z czasem coraz większe zróżnicowanie oraz ciągłość społeczną zarówno dla starych mieszkańców, jak i nowoprzybyłych, którzy się tam zasymilują.

Planowanie dla miasta żywego musi przekształcić tendencję do samozniszczenia wielofunkcyjności i potencjalny katastrofalny wpływ kapitału inwestorskiego w siły konstruktywne, poprzez ograniczanie możliwości działania niszczącego z jednej strony, a z drugiej poprzez nadanie coraz większym obszarom miasta cech dobrego gospodarczo środowiska, które sprzyjałoby zamierzeniom innych ludzi.

Planowanie dla miasta żywego musi zmierzać do uczytelnienia wizualnego porządku – i to przez wzmacnianie i podkreślanie układu funkcjonalnego, niż poprzez jego zacieranie lub negację.

 

 

 

Zakład Historii